| Dane trasy | |||||||||
|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
| Kategoria | Rower turystyczny | ||||||||
| Kraj | Polska | ||||||||
| Region | Pomorze | ||||||||
| Start | 07.08.2009 11:52 | ||||||||
| Koniec | 13.08.2009 13:15 | ||||||||
| Czas trwania | 6 dni 1h | ||||||||
| Długość | 396.6 km | ||||||||
| Wyświetleń | 4460 | ||||||||
| Słowa kluczowe | |||||||||
| rower, Świnoujście, Hel | |||||||||
| Autor | |||||||||
| Uczestnicy | |||||||||
| |||||||||
| Miejscowości | |||||||||
0 km Świnoujście21 km Międzyzdroje47 km Dziwnów64 km Rewal116 km Kołobrzeg128 km Ustronie Morskie181 km Darłowo220 km Ustka248 km Smołdzino287 km Łeba330 km Krokowa339 km Władysławowo369 km Jastarnia383 km Hel | |||||||||
| Pobierz | |||||||||
Ta wyprawa marzyła mi się od dawna. Kiedy rozmawialiśmy ze znajomymi przy browarku, każdy chciał jechać. Ale jak przyszło co do czego, to dziwnym trafem każdemu coś wypadało. Poza tym Paszczakowi kończył się urlop, pogoda była niepewna, a Kamila miała bardzo złe przeczucia...
Czasu było mało i wątpiliśmy czy w ogóle uda nam się przejechać taki dystans. Wtedy, jeszcze nie wiedzieliśmy, że pojedzie z nami Bufon i jakie sadysta narzuci tempo. Początkowo...
Ta wyprawa marzyła mi się od dawna. Kiedy rozmawialiśmy ze znajomymi przy browarku, każdy chciał jechać. Ale jak przyszło co do czego, to dziwnym trafem każdemu coś wypadało. Poza tym Paszczakowi kończył się urlop, pogoda była niepewna, a Kamila miała bardzo złe przeczucia...
Czasu było mało i wątpiliśmy czy w ogóle uda nam się przejechać taki dystans. Wtedy, jeszcze nie wiedzieliśmy, że pojedzie z nami Bufon i jakie sadysta narzuci tempo. Początkowo miał jechać z Gronym nad morze samochodem, ale im coś nie wyszło i wbili się do nas...
Dzień 0 - pedalsko, obleśnie i na waleta
Paszczak, Grony i Bufon pojechali do Świnoujścia pociągiem dzień wcześniej, ponieważ z Kamilą chcialiśmy zostać na urodzinach chrześniaka. Nie wiem dokładnie co tam się działo tego dnia, ale w każdym razie, do końca wyprawy powtarzali te słowa non-stop.
Dzień 1 - wiem, kiedy powiedzieć stop
Dojechaliśmy do reszty następnego ranka, tym samym pociągiem. Krótkie powitanie, browarek na plaży, obiad, teraz tylko znaleźć bankomat i w drogę do Międzyzdrojów. Początek drogi był bardzo obiecujący, cały czas z górki... Tylko gdzie ten prom? Przecież GPS wskazuje... ups. No i z powrotem pod górkę. Dość szybko okazało, że urwała mi się sakwa, bankomaty nie działają i jeszcze mnie zaczęła boleć głowa...
Zrobiliśmy krótką przerwę. Kupiłem paczkę ciastek, zmontowalem sakwę i ruszyliśmy przed siebie. Poszło gładko. Krótki postój w Międzyzdrojach, a potem przyjemną drogą przez las. Po drodze zatrzymaliśmy się przy wspaniałym punkcie widokowym.
Musieliśmy trochę nadgonić, więc jechaliśmy aż się ściemni. Dojechaliśmy do Wisełki. Szybkie zakupy i na plażę. Tam browarek, drugi, trzeci... flaszka... stop... no może ostatni... stop... za Mietka się napiję, ale to już koniec. Tak to był koniec, ale nie miał nic wspólnego z silną wolą.
Dzień 2 - znam drogę
Poranek był ciężki. Stwierdziłem, że więcej nie piję! Tego dnia mieliśmy dojechać do Dźwirzyna, gdzie był nasz kolega Artur. Powoli ruszyliśmy. Była słoneczna pogoda, rześkie powietrze i piękne widoki. Szybko doszedłem do siebie i na obiad dopedałowaliśmy do Niechorza. Tu czekał na nas Artur i zabrał nam bagaże. Po obiedzie ruszyliśmy do Pogorzelicy. Tam trochę powspominaliśmy dawne czasy i ruszyliśmy dalej. Grony z Adamem nagle się zatrzymali - znaleźli jeżyny. My ruszyliśmy dalej i stwierdziliśmy, że nas dogonią.
Po kilku kilometrach okazało się, że jedziemy na około. Musielibiśmy jechać przez Trzebiatów, a według mapy jest fajna droga wzdłuż morza. Wróciliśmy się, zgarnęliśmy chłopaków objedzonych jeżynami i pojechaliśmy dalej. Skończył się asfalt i zaczęły się kocie łby. Potem pojawił się napis "Poligon wojskowy. Wstęp wzbroniony". Stwierdziliśmy, że nie dotyczy on drogi i nią pojechaliśmy. Po drodze minął nas starszy pan i zapytał czy znamy drogę. Powiedziałem, że tak - mam GPSa!
Na szczęście mnie nie posłuchał i powiedział, żeby jechać za nim. Po chwili skręcił z głównej drogi i prowadził nas leśnymi, krętymi ścieżkami. Jak się okazało - główna droga prowadziła do zamkniętego ośrodka wojskowego. No i do tego padła bateria w GPSie. Gość spadł nam z nieba. Przy okazji, przez całą drogę opowiadał nam ciekawe historie na temat okolicy. I tempo też miał niezłe. Niedługo potem dojechaliśmy do Mrzeżyna, a stamtąd asfaltem do Dźwirzyna. Grill, Cola (broń Boże piwo!) i w kimę.
Dzień 3 - A GPS na to niemożliwe...
Rano jeszcze na plażę, a potem asfaltem do Kołobrzegu. Artur mi podładował GPSa, ale od teraz musiałem oszczędzać prąd, dlatego włączałem go tylko raz, na jakiś czas. W Kołobrzegu obiad - pizza. Ach, cóż to była za pizza! Całą wyprawę ją wspominaliśmy! Potem jechaliśmy świetną drogą rowerową wzdłuż brzegu. Fragment drogi prowadził przez bagna, potem lotnisko, przyjemne ubite ścieżki i w końcu asfalt. Czas nas gonił, więc cisnęliśmy aż do Mielna. Tam zakupy w Lidlu, czy co to tam było i szukanie miejsca do spania. Było już całkiem ciemno. Zboczyliśmy z drogi i wjechaliśmy w jakieś pola. Sprawdzam gdzie jesteśmy - GPS wskazał środek jeziora... Wracamy do drogi i na plażę.
Dzień 4 - przejazd tylko z czystymi oponami
Rano wróciliśmy na asfalt i pojechaliśmy w stronę Darłowa. Asfalt się szybko skończył i zaczęła się ubita droga przez las. Również się szybko skończyła i zaczął się piasek, który był i był bez końca. Doprowadziliśmy rowery do plaży. Tam miało być lepiej - nie było. Na pewno będzie zaraz wyście z plaży. Spytaliśmy gościa, który szedł z naprzeciwka. Powiedzał, żebyśmy wracali, bo jest daleko. Co? Nie damy rady?
Daliśmy! Zmęczeni kilkugodzinnym pchaniem roweru przez piasek i podnoszeniem go nad falochronem (razem z ciężkimi sakwami) dojechaliśmy do pierwszego wyjazdu. Schody. Namówiłem wszystkich, żeby pójść do trzeciego, gdzie jest górka. Była stroma i bardzo grząska, ale udało się! Zwyciestwo. Stoczyliśmy rowery z drugiej strony górki. A tam na nas gość z mordą, że to ośrodek zamknięty i pozwoli nam przejechać jak umyjemy koła w jeziorze. Widać, że swędziały go ręce, szukał pretekstu, żeby komuś sypnąć. Wczasowicze z ośrodka powiedzieli nam, że to stary idiota i wszystkich się czepia. Dla nas był ponoć miły. Ustąpliśmy... Pod górę i znów plaża...
Następnym wyjściem się udało. Błogosławiony asfalt! Straciliśmy dużo czasu. Sadysta narzucił tempo i niedługo potem byliśmy w Jarosławcu. Stwierdziliśmy, że rezygnujemy z drogi przy plaży i objechaliśmy Jezioro Wicko od południa. Do Ustki dojechaliśmy padnięci. Wieczorem piwko (raz na jakiś czas nie zaszkodzi) i bilard w barze na naszym polu namiotowym. Potem Grony z Bufonem poszli na dyskotekę, a my na miasto. Kupiliśmy sobie szampana. Jak ich spotkaliśmy, to byli już dość zawiani... W zasadzie to nikt z nas nie chcial pić tego szampana. Zapytałem retorycznie - no to jak my go skończymy? Na co Bufon z powagą: jak to jak? Jeden - jedna trzecia, drugi - druga trzecia i trzeci - trzecia trzecia.
Dzień 5 - menel prawdę Ci powie
Poranek był deszczowy. Namiot kupiony w Tesco wbrew zepewnieniom producenta nie był wodoodporny. Przemokły śpiwory, koce... W deszczu nie było sensu jechać, a czas nas gonił. Na pocieszenie poszliśmy szukać promocji w Biedronce. Kupiliśmy malinowe pseudo-piwo i worki na śmieci. Wróciliśmy wszyscy do namiotu chłopaków. Od namiotu naszych sąsiadów dochodziły dźwięki typowe dla deszczowej pogody, kiedy nie ma co robić poza namiotem.
Koło południa stwierdziliśmy, że trzeba jechać. To była dobra decyzja, po drodze przestało padać. Jechaliśmy przyjemną leśną dróżką. Skończył się szlak rowerowy - trudno jedziemy pieszym. Zrezygnowaliśmy kiedy wąska ścieżka zaczęła prowadzić pod górę po korzeniach pod kątem ze 40 stopni.
Straciliśmy już bardzo dużo czasu, dlatego postanowiliśmy jechać na około cały czas asfaltem aż do Smołdzina. Tam szybki obiad i dalej asfaltem aż do miejscowości Kluki. Za miejscowością Kluki skończył się nie tylko asfalt, ale w ogóle droga. Miejscowy poradził nam, żeby jechać na około przez Ciemino i Izbicę, bo szlaki są zarośnięte. Wyglądał na menela, był kulawy, zarośnęty i ubrany w łachmany. Ogólnie rzecz biorąc wzbudzał respekt, dlatego go posłuchaliśmy.
Droga byłaby naprawdę fajna, gdyby znajdowała się w innym klimacie. Przez kilka kilometrów były to błotniste koleiny. Ale jakoś przeprowadziliśmy rowery, bo o jeździe nie było mowy i niedługo potem wyjechaliśmy na fajną ubitą drogę. Dalej jechaliśmy wśród pól ze skoszonym zbożem. Piękny widok! Dojechaliśmy w końcu do Ciemina. Tam zaczął się asfalt, i Bufon mógł wreszcie narzucić swoje tempo. Wieczorem byliśmy w Łebie. Workami na śmieci obkleiliśmy namiot.
Dzień 6 - Jazda z przerwami
Noc znów była deszczowa, ale nie zmokliśmy - worki spisaly się znakomicie. Tego dnia pogoda była mieszana. Troche popadało, trochę powiało, trochę poświeciło. Kiedy zaczynało padać, akurat zawsze znajdowaliśmy się w pobliżu budki z piwem. Siadaliśmy pod drzewkiem, no i co mieliśmy robić? :)
Droga większość czasu prowadziła asfaltem, czasem leśną ubitą ścieżką. Niestety bateria w GPSie się kończyła i włączałem go tylko od czasu do czasu. Do Jastrzębiej Góry dojechaliśmy przed zachodem słońca. Kąpiel w morzu. Wiał dość silny wiatr i były fajne fale. W Jastrzębiej Górze jest bardzo fajna skarpa. Chcieliśmy się gdzies tam rozbić na dziko, ale nie niestety nie było za bardzo jak. Zresztą zrobiło się ciemno. Ustąpliśmy i rozbiliśmy się na polu namiotowym.
Dzień 7 - Siódmego dnia drużyna odpoczęła... późnym wieczorem
W nocy nie dość, że padało to jeszcze mocno wiało. Chłopakom wiatr porwał topik i deszcz padał centralnie na Paszczaka. Grony i Bufon olali sprawę, bo spali po bokach. My mieliśmy namiot obklejony workami i obłożony kamieniami, żeby nie zwiało. Także nawet było sucho.
Nie było na co czekać. Ruszyliśmy na Hel! Minęliśmy Władysławowo, Jastarnię i... złapaliśmy gumę. Udało się szybko ją załatać i ruszyliśmy dalej. Pod tabliczką "Hel" robiliśmy sobie zdjęcia. Spotkalismy tam innych rowerzystów. Powiedzieli, że zrobili tą trasę co my, w 3 dni. I ruszyli dalej. My wypiliśmy spokojnie po browarku i ruszyliśmy w stronę cypla. Po drodze minęliśmy superszybkich kolarzy. Dojechaliśmy na cypel. Udało się!
No to po szampanie i pora wracać do domu. Przepłynęliśmy promem do Gdańska W porcie stał statek "Czarna Perła" i gość śpiewał fajne szanty. Dojechaliśmy na dworzec. Pociąg przyjechał wypchany po brzegi. Konduktor powiedział, że z rowerami nie wolno. Olaliśmy go i wbiliśmy się na tył. Czytaliśmy wcześniej regulamin - wolno.
Mielismy nadzieję, że wkrótce część ludzi wysiądzie i posiedzimy sobie w spokoju. Na następnej stacji wsiadło kilkadziesiąt krzyczących i śpiewających kibiców. Spytaliśmy gdzie jadą? Do Chorzowa - kawałek za Częstochową... W sumie nawet byli w porządku. Chieli mi sprzedać rower po promocyjnej cenie. Mój rower.


























| wysokość prędkość | Oś X | dystans czas |